piątek, 9 marca 2018

FAQ praktyki wakacyjne w niemczech na wlasna reke


Cześć!

Uznałam, że czekanie na odprawę do Edynburga to doskonały czas na napisanie Wam w punktach odpowiedzi związanych z pytaniami o moje praktyki wakacyjne w Niemczech, które realizowałam w zeszłym roku. Mam nadzieje ze przydadzą się wam te informacje jako uzupełnienie poprzednich postów :)



sobota, 6 stycznia 2018

Czeskie zero waste - bez odpadu

Tematy ekologiczne wchodziły w moje życie powoli, ukradkiem. A to jeszcze w liceum przyjaciółka zapytała, gdzie wyrzucić plastikowe butelki (no jak to gdzie?) przez ustawę o segregacji śmieci, która narzuciła nam nowe zwyczaje już we własnym mieszkanku na studiach. Po przeprowadzce do Brna najpierw byłam załamana - zero koszy do segregacji w naszej kamienicy! To był duży minus przeprowadzki. Na szczęście kosze znalazłam niedaleko, jednak przez długi czas miałam poczucie,  że te Czechy to jednak zacofane są jeżeli chodzi o ekologię.

Następnie trafiłam na pierwszy wykład o zero waste i pół tuzina inspiracji. Do tego dołączyła nowa znajoma, z Estonii, nosząca wszędzie swój kubek i widelcołyżkę. Konkret, nie? Na wycieczce do Czeskiego Krumlova nie zużyła żadnego papierowego kubeczka, a resztę makaronu z wspólnie ugotowanej kolacji zabrała ze sobą. Podczas wycieczki na "chatę" ze znajomymi czeszkami, ta która była odpowiedzialna za zakupy, z dumą poinformowała nas że wszystko udało jej się kupić do własnych opakowań (nie tylko owoce i warzywa, ale także płatki owsiane, sery, mleko sojowe czy suszone pomidory!)

piątek, 29 grudnia 2017

Kasztany jak z jarmarków świątecznych w Brnie


Za oknem w końcu doczekaliśmy się prawdziwej zimy :) Dziś chcę się z Wami podzielić odkryciem z zeszłorocznych jarmarków - gwarantuje, że jedząc pieczone kasztany poczujecie się jak w Brnie czy Wiedniu, w ścisku roześmianych ludzi, w cierpko-słodkim zapachu svarzenego wina, która osiada na języku nawet przy zamkniętych ustach.
W Brnie kasztany kupuje się na małych straganach w okolicach jarmarków świątecznych. Pojawiają się pod koniec listopada i można je dostać praktycznie do samego Sylwestra. Także to ostatni dzwonek ;). Ciepło opatuleni sprzedawcy szykują je na ogromnych, żeliwnych, choć niewysokich garnkach, przykrytych patelniami. Przechodząc słychać charakerystyczne "trzaskanie" kasztanów.
W tym przepisie zamiast żeliwnej patelni jest - piekarnik i garnek z wodą, ale jeżeli włączycie dobrą swingowo-świąteczną nutę (polecam np. Puppini sisters!), a do nacinania kasztanów wybierzecie miejsce przy oknie, poczujecie ten klimat :)
A w przyszłym roku koniecznie zajrzyjcie na jarmarki w Brnie... :)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dwadzieścia cztery godziny na Śląsku w zimie - czas start!

Szalenie polubiliśmy się z sympatyczną parą poznaną na Erasmusie - Johanną i Risko. Kiedy zapytali, czy znaleźlibyśmy czas w weekend na oprowadzenie ich po moim ukochanym śląsku, ciężko mi było doczekać tego dnia :) Wszystko zaplanowałam znacznie wcześniej, a ponieważ w większości atrakcji jeszcze sama nie byłam, zwiedzanie Katowic i okolic było dla mnie wyjątkowe :)
Post ten dedykuję przede wszystkim studentom SUMu, nowym i starym, do których przyjeżdżają znajomi czy rodzina, lub też sami chcą pozwiedzać trochę Śląska.
A piszę to ja, dziołcha z Zabrza (aczkolwiek moja rodzina jest nieco gorolska i po śląsku nie bardzo godom).

Johanna i Risko przyjechali do Katowic o 14:00 w sobotę, a wyjazd zaplanowany był na 14:00 w niedzielę Przed ich przyjazdem długo myślałam o tym, czy zabrać ich na Nikiszowiec czy też do Muzeum Śląskiego. Kiedy usłyszałam jak narzekają, że przejechali tylko nieco ponad dwieście kilometrów (jechali z Brna), a już czują chłód jak w domu (w Estonii), wiedziałam, że zabiorę ich tym razem do Muzeum Śląskiego :)

Naszą wizytę w Polsce rozpoczęliśmy od lunchu - w Pierogarni na Gliwickiej
Zamówiliśmy kopę pierogów: z soczewicą, kozackie (z chilli), ruskie, z kapustą i grzybami, a także na słodko - z białą czekoladą. Goście byli zachwyceni... ale nie zaskoczeni - co mnie znowu zaskoczyło ;). Okazało się, że w Estonii mieszka sporo Białorusinów, którzy tak jak my uwielbiają pierogi ruskie :) Samą Pierogarnię jednak szczerze polecam!


czwartek, 14 grudnia 2017

Co w Czechach dobrze zjeść

Cześć dziubki!

Zapraszam Was dziś na post jedzeniowy, a w nim moje ukochane miejscówki w Brnie.

Zacznę od tego, że ukochane moje czeskie miasteczko, jest prawdziwym rajem dla wielbicieli kulinarnej różnorodności - bardzo popularne są tu restauracje indyjskie, wietnamskie, można zjeść doskonałe japońskie sushi. Wszystko to sprawiało, że nie czułam się przytłoczona tzw. "czeską kuchnią" która jest chyba jeszcze bardziej niezdrowa niż polska. Z dań wegetariańskich, zdecydowanie najczęściej w restuacjach pojawia się pozycja "smażony syr" lub "smażony hermelin". Hermelin jest serem pleśniowym, czeskim odpowiednikiem camemberta. Uwaga! Czasem zdarza się że w smażonym serze znajdziemy... kawał szynki. Bez ostrzeżenia :P
Hermelin występuje też jako jedna z najczęstszych przekąsek do piwa - tym razem w formie "nakladany hermelin" czyli marynowany. W barach zjemy też na wegetariańsko smażony chleb z ciekawymi omaczkami, czyli sosami. Czesi tradycyjnie wybierają nieśmiertelną tatarską omaczkę, czyli sos na bazie majonezu, który zjemy zarówno do frytek, do sera, smażonego chleba czy na kanapkach. Ja do smażonego chleba wolałam jednak sos pomidorowy, i wam też szczerze polecam takie połącznie :)
Co ciekawe, zarówno na Litwie jak i na Łotwie spotkałam ten smażony chleb - czy to możliwe, że przysmak nie przyjął się w Polsce? Czy kojarzycie smażone chleby z innych rejonów?

niedziela, 12 listopada 2017

Święto Młodego Wina, czyli burczakowy pochod

Wyobraźcie sobie piękny, październikowy poranek, kiedy zrywacie się przed siódmą, by już o dziewiątej zacząć wyjątkowy wine tasting. Na tradycyjny "burcakovy pochod", event organizowany przez lokalne winiarnie, zjeżdża się z Brna jednym pociągiem, odjeżdżającym o 8 rano. Pociąg jest tak przepełniony, że nikt nawet nie próbuje sprawdzać biletów (a bilet, wyjątkowo, miał nawet Mięśniak! W czeskich kolejach można zakupić osobny, drukowany bilet dla psa :)
Nie jest to święto dla expatów - dowiedzieliśmy się o nim dzięki siostrze Johanny, Estonki która w Czechach mieszka już od kilku lat (od kiedy podczas swojego Erazmusa nie zakochała się w pewnym Czechu :)
O święcie młodego wina nie ma żadnych informacji po angielsku. Nie wiemy za bardzo gdzie jedziemy, ani co dokładnie będziemy robić. Jedziemy dużą grupą - Oprócz naszej trójki (Kuba, Mięśniak, ja) jedzie z nami Artur i nasza couchsurferka, Divya, z Chicago. W pociągu dołącza do nas estońska para - Johanna i Risko, oraz Tata Johanny, który akurat wizytował Czechy.
Podróż trwa około godzinę, i czuć w nim atmosferę ekscytacji. Kiedy wysiadamy, naszym oczom ukazuje sie restauracja i mnóstwo, mnóstwo  straganów. Pachnie BOSKO - są placki ziemniaczane (oczywiście z kminkiem), naleśniki w stylu francuskim, płaskie drożdżówki, hranolki, i dużo mięsa. Oczywiście wszystko smażone na dużej ilości tłuszczu :)
Na wejściu zakupujemy specjalne kieliszki, na sznurku, żeby się nie straciły, które będą towarzyszyć nam przez cały dzień. Można przyjechać oczywiście z własnym kieliszkiem, my zdecydowaliśmy się jednak na zakup pamiątki :) Szybko okazuje sie ze nie da się trzymać lustrzanki I kieliszka, także rezygnuje z robienia zdjęć porządnym aparatem. Sorki ;) (Przeżycie zawsze ponad zdjęcia!)

czwartek, 28 września 2017

Przystanek dla duszy - rescue center for wild animals "Huslik"

40 km od Pragi. 
Przyjedź, tego właśnie Ci potrzeba.
Napisała nieznana mi dziewczyna, na jednej z grup w duchu "dziewczyny dziewczynom"
w odpowiedzi na mój post o tym, że mam ochotę zdrapać z siebie skórę.
Pojechałam, bo to było dokładnie to.
Serio.

Fakap, to najlepsze określenie moich praktyk w Czechach. 
Po przyjeździe z Niemiec powrót do Brna był trudny... Nie zrozumcie mnie źle - kocham to miasto, -kocham jego małomiasteczkową, a nawet nieco wiejską energię. Kocham ludzi, którzy ubierają się tak, jak im wygodnie, czy tak jak lubią, mając w nosie trendy serwowane na wybiegach.  Uwielbiam widok na zamek z okna. Więc nie zrozumcie mnie źle, ale przywitał mnie tu upał nie-do-wytrzymania, szczególnie w naszym mieszkaniu na poddaszu, zerwany karnisz, i zarwana półka w jedynej szafie, którą mamy w domu. Nasza landlady powiedziała, że naprawi jak nas nie będzie. Nie naprawiła.
Nie spodziewałam się wiele po praktykach chirurgicznych, nie jest to mój ulubiony przedmiot. 
Nie lubię przedmiotowego traktowania ciała,  nie lubię oschłości lekarzy-chirurgów, nie lubię oddziałów chirurgicznych. Moja przyjaciółka A. na moje żale śmieje że, że na próżno szukam w chirurgii romantyzmu. Wiem, że to nie dla mnie.
Nieważne, nie moja bajka.

W każdym razie praktyki wydawały mi sie do bani, po kilku godzinach nudzenia sie w poradni, gdzie nikt nie miał dla mnie czasu wracałam do domu zmęczona, bez chęci do czegokolwiek. 
Możecie się śmiać, że problemy pierwszego świata, mój narzeczony też się śmieje, że dla mnie najgorsze jest to nic-nie-robienie :P 

Czułam potrzebę zrobienia czegoś szalonego, ale nie wiedziałam czego. 
Kiedy więc zaproszono mnie do ekocentrum Huslik wiedziałam, że muszę pojechać, mimo wszystkich "mimo".