piątek, 13 lipca 2018

Gdzie Ty Gajuszu, tam ja Gaja.

Wybraliśmy wszystko po swojemu I cieszyliśmy się na ten ślub jak głupi. Przygotowania nie były proste, ponieważ absolutnie każdą rzecz chcieliśmy zrobić po swojemu, więc było dużo.

Zacznę wszystko opisywać od przygotowań do ślubu, które zaczęliśmy na ponad rok przed ślubem, ponad rok po zaręcznych. Po środku. Oboje niewierzący, zawiedzeni ofertą przygotowań skierowanej do par takich jak my (znaleźliśmy pojedyncze warsztaty wyjazdowe w Warszawie), zdecydowaliśmy się przygotowywać na własną rękę.

Jak się przygotować do ślubu, jak się przygotować do małżeństwa? Ktoś ma jakieś rady, wytyczne, wskazówki, czemu o takich rzeczach nie uczy się młodych ludzi? Czemu są rozwody, czemu ludzie przestają się kochać, jak temu zapobiec? Dlaczego młodych ludzi nie przygotowywuje się do tworzenia rodziny, do dbania o miłość, kiedy jest dobrze, i kiedy jest źle?

Co tydzień spotykaliśmy się na randkach, by wspólnie czytać, jak i omawiać tematy przygotowane w książeczce – zapożyczonej z kursu dla par przygotowujących się do ślubu kościelnego. Znamy się dziewięć lat, jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, a jednak to był niesamowicie zbliżający, magiczny czas. K. jest obowiązkowy, więc to on planował nasze spotkania i dopilnowywał tego, żeby były, ja za to wymyślałam. Zdobyłam książki, zdobyłam zeszycik ćwiczeń.

Projekt ślub.

Nasz wspólny. Projekt małżeństwo.
Po spotkaniach omawialiśmy tematy ślubno – weselne. Przegadaliśmy wszystko, jak chcemy żeby to wyglądało, żeby nam się podobało, i przystąpiliśmy do działania. Miało być zgodnie z naszymi wartościami – chcieliśmy przysięgać miłość sobie, wśród najważniejszych dla nas osób, z ukochanym pieskiem który towarzyszy nam we wspólnej drodze od trzech lat, za to bez kościoła, bez urzędników, bez zbędnej pompy. Miało być z ograniczeniem cierpienia, bo to przecież najradośniejszy dzień ever, miało być nie-drogo, miało być z lubianą przez nas muzyką i pięknym ogrodem.
Po naszych spotkaniach robiliśmy przegląd tematów, dzieląc się zadaniami, omawialiśmy je wspólnie. Pewnego dnia przyszła do nas nasza przyjaciółka, ze swoim pieskiem, i powiedziała że musimy poważnie porozmawiać, bo jeżeli ona ma nam zrobić papeterie ślubną, to musimy jej powiedzieć co lubimy. Jakie kolory. To było bardzo przerażające zadanie, ponieważ na kolorach nie znamy się wcale, ale wybraliśmy – beżowy, jak kolor naszego pieska, biały – jak goździki w klapie marynarki, zielony, kolor natury, i bordowy, romantyczny kolor miłości. Prosto. 

Ale to nie kolory były najważniejsze w zaproszeniach. Owszem, były piękne, zrobione z miłością, ale dopiero moment rozdawania zaproszeń był naprawdę, naprawdę magiczny. Zdecydowaliśmy się na wręczanie zaproszeń osobiście, co było najlepszą weselną decyzją na świecie. Nie wiem czy to dobre słowa, ale odkryliśmy na nowo nasze rodziny. W mojej „starej” rodzinie, najmłodsza osoba ma „jedynie” 18 lat, kiedy więc usłyszałam jak dzieci kuzynów Kuby wołają do mnie ciociu… Po prostu nie mogłam się otrząsnąć. Mieszkamy razem od sześciu lat prawie, przeżyliśmy tyle, to miała być tylko przysięga w gronie najbliższych i trochę zabawy, a ja zostałam… ciocią. W tym przydługim opisie będę pisać tylko za siebie, więc o moim K. powiem tylko, że dostał od losu Dziadków, których już nie miał. Czy to nie jest najwspanialsza rzecz na świecie? Myślisz, że bierzesz sobie tą jedną znaną osobę, z wadami i zaletami, a dostajesz całą nową rodzinę.

Moment zapraszania, wróćmy do niego jeszcze na chwilę. Wieść o weselu, na którym zamiast rolady śląskiej będzie rolada sojowa, wśród rodziny zaczęła nas wyprzedzać. Obawialiśmy się tego. Wszyscy wykonawcy nas straszyli, znajomi, że jednak starych drzew się nie przesadza, i pomimo tego że rodzina akceptuje nasze „wymysły” to będą zawiedzeni, że nie ma schabowego. Znajomi obdarzali nas, ze śmiechem, historiami o wyciąganiu przez ujków pieniędzy z kopert, przez to że na weselu nie było rosołu. Każdy miał dla nas rady – od tego, że wesele robi się przecież dla gości. Przez chwilę nawet zastanawialiśmy się czy nie wpisać do zaproszeń, że „Ze względu na miłość do zwierząt zwracamy się z serdeczną prośbą, by Ci, którzy chcieliby obdarować nas kwiatami, zamienili ten gest na porcję karmy dla bezdomnych zwierząt, a wesele będzie wegetariańskie.” Żeby osoby, które ze względu na menu nie chciałyby przyjść, wiedziały wcześniej. Każdy jednak dodawał też, że jemu to w gruncie rzeczy to wcale nie przeszkadza, tylko martwi się o innych 😊 Jeżeli więc nikomu to nie przeszkadza, to czemu nie? W końcu zrezygnowaliśmy z pierwszej i ostatniej części zdania, została tylko formułka o karmie dla bezdomnych zwierząt. I, tak jak wspomniałam, przy rozdawaniu zaproszeń każdy już wiedział, że nie będzie wnoszonego pieczonego świniaka, ale usłyszeliśmy kompletnie, kompletnie inne rzeczy. Babcia, zaróżowiona z podekscytowania, powiedziała nam, że Tata mój już jej opowiadał, że nie będzie rosołu, tylko zupa krem… tak wykwintnie! Ciocia, która jest nauczycielką w szkole, wszyscy zaczęli jej zazdrościć, bo nikt jeszcze na takim weselu nie był! Tata Pana Młodego stwierdził, że kto musi, to przecież może sobie wcześniej zjeść golonkę. Zamiast z niesmakiem, spotkaliśmy się z zaciekawieniem i otwartością… to najlepsze, co mogliśmy dostać od naszych gości.
Zbiórka karmy. Wpiszcie sobie w internet zbiórka karmy na weselu. My ten błąd popełniliśmy, i byliśmy załamani. Komentarze prawie sprawiły, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, ale siedliśmy razem, jeszcze raz, i przeanalizowaliśmy – czy ktokolwiek z zaproszonych gości, naszych najwspanialszych, najlepszych przyjaciół, naszej rodziny która życzy nam jak najlepiej, oburzy się, że chcemy wesprzeć bezdomne psiaki, zamiast dostawać kwiaty? Odpowiedź była prosta. Na weselu zebraliśmy ponad 100 kg karmy, także specjalistycznej, dla psiaków ze schroniska w Bytomiu, koce, a nawet deski na budowę bud 😊. 


Alkohol. Nigdy za nim specjalnie nie przepadaliśmy, dopóki los nas nie rzucił na półtorej roku do Czech, na Morawy, gdzie zakochaliśmy się w morawskim białym winie, i zaczęliśmy pijać… czeskie piwo! Dlatego w maju wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy odwiedzić naszych przyjaciół w Brnie, zajrzeć we wszystkie ukochane kąty, a także zaopatrzyć się w zbyt dużą ilość naszego ukochanego wina, i najlepszych piw (nefiltrovany lezajsk to hit!). Morawy słyną właśnie z białego wina, ale i czerwone ma swoich amatorów. O ile nasza ukochana, biała Palava potrafi być słodka niczym sok winogronowy (do 75g cukru!), o tyle klimat morawski nie pozwala na produkcję słodkiego czerwonego wina, dlatego czerwone wina są „suche” (po czesku wytrawne) jak sam… pieprz. Jako że wiedzieliśmy że wśród naszych gości są także osoby, które takie właśnie wina kochają, wzięliśmy i takie. Barman na imprezie był, a owszem. Brat przyjaciela mojego K. jest szefem na barze w Krakowie, i zgodził się mieszać dla nas drinki. Bar, zupełnie bez sentymentów, to był bardzo, bardzo dobry pomysł. Bywał u niego i mój Dziadek (86 lat!), i dzieciaki (drinki Elzy i takie inne), i osoby niepijące alkoholu na bezalkoholowe mohito. A specjalnie dla mnie, barman szykował mi „Drinka Panny Młodej”, z truskawkami, prosecco, i lemoniadą różaną.
Czy pisałam już, że w ramach przygotowań odwiedziliśmy samo wzgórze palava, gdzie rosną winogrona tak słodkie, we wrześniu pojechaliśmy na święto młodego wina w czechach, gdzie próbowaliśmy tegorocznych zbiorów, i dwa inne wine tastingi? To była świetna zabawa, a wcześniej o winie wiedzieliśmy tylko tyle, że jest 😊







Co jeszcze? Emocje. Wszystko szło naprawdę dobrze, mimo trudności w wyszukiwaniu sali, mimo choroby pieska tuż przed ślubem, mimo tego, że poród mojej przyjaciółki wypadł na trzy dni przed uroczystością, wszystko szło naprawdę dobrze. Z przekonaniem, że robimy wszystko z miłością, z projektem ślub który wzbogacał nas duchowo i tylko powiększał naszą miłość, ze przyjaciółmi z całego świata, którzy gościli w naszym Domu na kilka dni przed ślubem i pomagali w przygotowaniach, nigdy nie spodziewałam się, że nadejdą Trudne Emocje. Czaiły się gdzieś cały czas, ale zaatakowały dzień przed ślubem. Kiedy zapakowałam trzy kilogramy cukierków do piniaty (miał być jeden, ale po drodze do restauracji cukierki się zgubiły, więc pojechałam do centrum handlowego po kolejne dwa kilogramy, potem znowu się znalazły, więc wrzuciłam całość), po rozbiciu się specjalnie sprowadzanych lemoniad, znalezieniu błędów w nazwiskach osób przy planie stołów, kiedy opracowaliśmy formułę na bańki mydlane… przyszły.
Leżałam w łóżku, a mój K. spał jak dziecko, kiedy zaatakowały mnie takie myśli, o których nikt mi nie mówił że będą. Że co mi przyszło do głowy, że wszyscy nas wyśmieją… ruminacje niczym regurgitacje nachodziły moją głowę, nie chciały odejść, przeżuwałam je powoli, smakowały gorzko, i kompletnie nie wiedziałam jak sobie poradzić. Zawołałam do siebie pieska, wtuliłam się pod bezpieczne ramiona mojego K. i.... absolutie nic nie pomogło.
Piszę Wam o tym, bo to było dla mnie strasznie trudne, nie spodziwałam się że tak będzie, bo nikt o tym nie mówi. Mówili nam, że będziemy się kłócić, co nie było prawdą, mówili że będziemy mieć dość, co też nie było (raczej) prawdą.
Ale o tym nikt nie mówił.

Nie dotyczyło to tylko mnie 😊 Wszystko przygotowywaliśmy sami, dlatego sądziłam, że przedślubne napięcie ominie naszych rodziców. Otóż – nie! W dzień ślubu, o 7 rano piszę do mnie moja… Mama, że co, jeżeli zabraknie wody. Przeczytałam wiadomość kilka razy, uśmiechnęłam się, i zadzwoniłam do niej, że wodę mamy nielimitowaną.



Nie sposób opisać wszystkiego. Wzruszenia podczas toastów, na styl gruziński, którzy wygłaszali nasi przyjaciele. Prześmiesznego momentu, kiedy bukiet złapała nasza najmłodsza gościni, Małgosia. Kiedy na weselu poleciały dwie piosenki disco – polo, wygrane w grze w weselne bingo, i goście bawili się jak szaleni do miłości w zakopanym i oczu zielonych.
To, co się liczyło najbardziej, czyli przysięga, to te kilka słów, które z drżącym głosem mówiliśmy sobie, i cały świat się nie liczył. Jak wyglądała harfistka, czy miejsce ślubu, dowiedziałam się ze zdjęć. Nic innego nie było, kosmos, i my. To też emocje, ale te piękne, te do zapamiętania na zawsze, chwile kiedy czujesz tylko bicie własnego serca, i nic więcej nie wiesz, tylko że z pełnym zaufaniem i miłością wchodzisz na nową, chociaż znaną drogę.

Zawsze, z tym co tobie wiem, i czego jeszcze o tobie nie wiem. Z szacunkiem do ciebie i do twojej uczciwości.
Twoja Aleksandra, Twój Kuba.


(Gdzie ty Gajuszu, tam ja Gaja. Gdzie ty Gajo, tam ja Gajusz.)



PS.
Zajebiście jest wziąć ślub ze swoim najlepszym przyjacielem. Polecam.





piątek, 9 marca 2018

FAQ praktyki wakacyjne w niemczech na wlasna reke


Cześć!

Uznałam, że czekanie na odprawę do Edynburga to doskonały czas na napisanie Wam w punktach odpowiedzi związanych z pytaniami o moje praktyki wakacyjne w Niemczech, które realizowałam w zeszłym roku. Mam nadzieje ze przydadzą się wam te informacje jako uzupełnienie poprzednich postów :)



sobota, 6 stycznia 2018

Czeskie zero waste - bez odpadu

Tematy ekologiczne wchodziły w moje życie powoli, ukradkiem. A to jeszcze w liceum przyjaciółka zapytała, gdzie wyrzucić plastikowe butelki (no jak to gdzie?) przez ustawę o segregacji śmieci, która narzuciła nam nowe zwyczaje już we własnym mieszkanku na studiach. Po przeprowadzce do Brna najpierw byłam załamana - zero koszy do segregacji w naszej kamienicy! To był duży minus przeprowadzki. Na szczęście kosze znalazłam niedaleko, jednak przez długi czas miałam poczucie,  że te Czechy to jednak zacofane są jeżeli chodzi o ekologię.

Następnie trafiłam na pierwszy wykład o zero waste i pół tuzina inspiracji. Do tego dołączyła nowa znajoma, z Estonii, nosząca wszędzie swój kubek i widelcołyżkę. Konkret, nie? Na wycieczce do Czeskiego Krumlova nie zużyła żadnego papierowego kubeczka, a resztę makaronu z wspólnie ugotowanej kolacji zabrała ze sobą. Podczas wycieczki na "chatę" ze znajomymi czeszkami, ta która była odpowiedzialna za zakupy, z dumą poinformowała nas że wszystko udało jej się kupić do własnych opakowań (nie tylko owoce i warzywa, ale także płatki owsiane, sery, mleko sojowe czy suszone pomidory!)

piątek, 29 grudnia 2017

Kasztany jak z jarmarków świątecznych w Brnie


Za oknem w końcu doczekaliśmy się prawdziwej zimy :) Dziś chcę się z Wami podzielić odkryciem z zeszłorocznych jarmarków - gwarantuje, że jedząc pieczone kasztany poczujecie się jak w Brnie czy Wiedniu, w ścisku roześmianych ludzi, w cierpko-słodkim zapachu svarzenego wina, która osiada na języku nawet przy zamkniętych ustach.
W Brnie kasztany kupuje się na małych straganach w okolicach jarmarków świątecznych. Pojawiają się pod koniec listopada i można je dostać praktycznie do samego Sylwestra. Także to ostatni dzwonek ;). Ciepło opatuleni sprzedawcy szykują je na ogromnych, żeliwnych, choć niewysokich garnkach, przykrytych patelniami. Przechodząc słychać charakerystyczne "trzaskanie" kasztanów.
W tym przepisie zamiast żeliwnej patelni jest - piekarnik i garnek z wodą, ale jeżeli włączycie dobrą swingowo-świąteczną nutę (polecam np. Puppini sisters!), a do nacinania kasztanów wybierzecie miejsce przy oknie, poczujecie ten klimat :)
A w przyszłym roku koniecznie zajrzyjcie na jarmarki w Brnie... :)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dwadzieścia cztery godziny na Śląsku w zimie - czas start!

Szalenie polubiliśmy się z sympatyczną parą poznaną na Erasmusie - Johanną i Risko. Kiedy zapytali, czy znaleźlibyśmy czas w weekend na oprowadzenie ich po moim ukochanym śląsku, ciężko mi było doczekać tego dnia :) Wszystko zaplanowałam znacznie wcześniej, a ponieważ w większości atrakcji jeszcze sama nie byłam, zwiedzanie Katowic i okolic było dla mnie wyjątkowe :)
Post ten dedykuję przede wszystkim studentom SUMu, nowym i starym, do których przyjeżdżają znajomi czy rodzina, lub też sami chcą pozwiedzać trochę Śląska.
A piszę to ja, dziołcha z Zabrza (aczkolwiek moja rodzina jest nieco gorolska i po śląsku nie bardzo godom).

Johanna i Risko przyjechali do Katowic o 14:00 w sobotę, a wyjazd zaplanowany był na 14:00 w niedzielę Przed ich przyjazdem długo myślałam o tym, czy zabrać ich na Nikiszowiec czy też do Muzeum Śląskiego. Kiedy usłyszałam jak narzekają, że przejechali tylko nieco ponad dwieście kilometrów (jechali z Brna), a już czują chłód jak w domu (w Estonii), wiedziałam, że zabiorę ich tym razem do Muzeum Śląskiego :)

Naszą wizytę w Polsce rozpoczęliśmy od lunchu - w Pierogarni na Gliwickiej
Zamówiliśmy kopę pierogów: z soczewicą, kozackie (z chilli), ruskie, z kapustą i grzybami, a także na słodko - z białą czekoladą. Goście byli zachwyceni... ale nie zaskoczeni - co mnie znowu zaskoczyło ;). Okazało się, że w Estonii mieszka sporo Białorusinów, którzy tak jak my uwielbiają pierogi ruskie :) Samą Pierogarnię jednak szczerze polecam!


czwartek, 14 grudnia 2017

Co w Czechach dobrze zjeść

Cześć dziubki!

Zapraszam Was dziś na post jedzeniowy, a w nim moje ukochane miejscówki w Brnie.

Zacznę od tego, że ukochane moje czeskie miasteczko, jest prawdziwym rajem dla wielbicieli kulinarnej różnorodności - bardzo popularne są tu restauracje indyjskie, wietnamskie, można zjeść doskonałe japońskie sushi. Wszystko to sprawiało, że nie czułam się przytłoczona tzw. "czeską kuchnią" która jest chyba jeszcze bardziej niezdrowa niż polska. Z dań wegetariańskich, zdecydowanie najczęściej w restuacjach pojawia się pozycja "smażony syr" lub "smażony hermelin". Hermelin jest serem pleśniowym, czeskim odpowiednikiem camemberta. Uwaga! Czasem zdarza się że w smażonym serze znajdziemy... kawał szynki. Bez ostrzeżenia :P
Hermelin występuje też jako jedna z najczęstszych przekąsek do piwa - tym razem w formie "nakladany hermelin" czyli marynowany. W barach zjemy też na wegetariańsko smażony chleb z ciekawymi omaczkami, czyli sosami. Czesi tradycyjnie wybierają nieśmiertelną tatarską omaczkę, czyli sos na bazie majonezu, który zjemy zarówno do frytek, do sera, smażonego chleba czy na kanapkach. Ja do smażonego chleba wolałam jednak sos pomidorowy, i wam też szczerze polecam takie połącznie :)
Co ciekawe, zarówno na Litwie jak i na Łotwie spotkałam ten smażony chleb - czy to możliwe, że przysmak nie przyjął się w Polsce? Czy kojarzycie smażone chleby z innych rejonów?

niedziela, 12 listopada 2017

Święto Młodego Wina, czyli burczakowy pochod

Wyobraźcie sobie piękny, październikowy poranek, kiedy zrywacie się przed siódmą, by już o dziewiątej zacząć wyjątkowy wine tasting. Na tradycyjny "burcakovy pochod", event organizowany przez lokalne winiarnie, zjeżdża się z Brna jednym pociągiem, odjeżdżającym o 8 rano. Pociąg jest tak przepełniony, że nikt nawet nie próbuje sprawdzać biletów (a bilet, wyjątkowo, miał nawet Mięśniak! W czeskich kolejach można zakupić osobny, drukowany bilet dla psa :)
Nie jest to święto dla expatów - dowiedzieliśmy się o nim dzięki siostrze Johanny, Estonki która w Czechach mieszka już od kilku lat (od kiedy podczas swojego Erazmusa nie zakochała się w pewnym Czechu :)
O święcie młodego wina nie ma żadnych informacji po angielsku. Nie wiemy za bardzo gdzie jedziemy, ani co dokładnie będziemy robić. Jedziemy dużą grupą - Oprócz naszej trójki (Kuba, Mięśniak, ja) jedzie z nami Artur i nasza couchsurferka, Divya, z Chicago. W pociągu dołącza do nas estońska para - Johanna i Risko, oraz Tata Johanny, który akurat wizytował Czechy.
Podróż trwa około godzinę, i czuć w nim atmosferę ekscytacji. Kiedy wysiadamy, naszym oczom ukazuje sie restauracja i mnóstwo, mnóstwo  straganów. Pachnie BOSKO - są placki ziemniaczane (oczywiście z kminkiem), naleśniki w stylu francuskim, płaskie drożdżówki, hranolki, i dużo mięsa. Oczywiście wszystko smażone na dużej ilości tłuszczu :)
Na wejściu zakupujemy specjalne kieliszki, na sznurku, żeby się nie straciły, które będą towarzyszyć nam przez cały dzień. Można przyjechać oczywiście z własnym kieliszkiem, my zdecydowaliśmy się jednak na zakup pamiątki :) Szybko okazuje sie ze nie da się trzymać lustrzanki I kieliszka, także rezygnuje z robienia zdjęć porządnym aparatem. Sorki ;) (Przeżycie zawsze ponad zdjęcia!)